Wyjazd nad polskie morze coraz częściej kończy się szokiem przy kasie. Ceny ryb w nadmorskich smażalniach wystrzeliły jeszcze przed rozpoczęciem głównego sezonu wakacyjnego. Za popularnego dorsza trzeba dziś zapłacić więcej niż jeszcze kilka lat temu za cały obiad dla dwóch osób.
Ceny ryb nad Bałtykiem mocno poszły w górę
W wielu nadmorskich miejscowościach ceny smażonych ryb osiągnęły rekordowe poziomy. W Darłowie czy Trójmieście za 100 gramów dorsza trzeba zapłacić nawet 17–18 zł, co oznacza nawet 180 zł za kilogram.
Niewiele tańsze są inne gatunki:
- flądra – ok. 15 zł za 100 g,
- łosoś – od 19 do 22 zł za 100 g,
- halibut – nawet 24 zł za 100 g.
Do tego dochodzą dodatki, które także podrożały. Frytki kosztują obecnie od 10 do 19 zł, a surówki od 8 do 14 zł.
W efekcie zwykły obiad nad morzem dla jednej osoby potrafi kosztować nawet 70–80 zł.
Gotowy zestaw rybny? Nawet ponad 60 zł
Coraz więcej lokali oferuje gotowe zestawy obiadowe zamiast sprzedaży ryby na wagę. Jednak i tutaj ceny nie należą do niskich.
Za zestaw z dorszem, frytkami i surówką trzeba zapłacić najczęściej:
- od 50 do 62 zł,
- halibut w zestawie kosztuje nawet około 66 zł.
Dla porównania jeszcze w 2020 roku podobny obiad kosztował około 35 zł. Oznacza to, że ceny w wielu miejscach niemal się podwoiły.
Dlaczego ryby są tak drogie?
Przedstawiciele branży wskazują kilka powodów gwałtownego wzrostu cen.
Największym problemem pozostaje ograniczona dostępność dorsza w Bałtyku. Od 2020 roku obowiązuje zakaz połowu tej ryby na szeroką skalę ze względu na złą kondycję stad.
Dlatego większość dorsza sprzedawanego dziś w smażalniach pochodzi z importu. Trafia do Polski głównie z:
- Norwegii,
- Islandii,
- Danii.
Import ryb jest kosztowny, a dodatkowo restauratorzy muszą uwzględniać rosnące wydatki związane z prowadzeniem działalności.
Chodzi między innymi o:
- energię,
- wynagrodzenia,
- transport,
- czynsze,
- produkty spożywcze.
Rybacy odchodzą z branży
Problemy coraz mocniej odczuwają również sami rybacy. Wielu z nich rezygnuje z pracy na morzu, złomuje kutry i szuka zatrudnienia w turystyce lub innych sektorach.
Powodem są:
- restrykcyjne limity połowowe,
- częste kontrole,
- mała opłacalność pracy,
- coraz mniejsze połowy dorsza.
Branża alarmuje także, że sytuację pogarszają zmiany klimatu oraz problemy ekologiczne Bałtyku.
„Paragony grozy” odstraszają turystów
Rosnące ceny coraz częściej wywołują frustrację wśród turystów. W internecie pojawia się mnóstwo zdjęć rachunków z nadmorskich smażalni.
Wiele osób zwraca uwagę, że sposób podawania cen bywa mylący. Lokale często informują o cenie za 100 gramów ryby, a finalny rachunek zależy od wielkości porcji.
Kawałek ryby może ważyć:
- 150 g,
- 200 g,
- a czasem nawet ponad 250 g.
W praktyce oznacza to, że sam dorsz może kosztować ponad 40 zł jeszcze przed doliczeniem dodatków i napojów.
Plamiak i molwa zamiast dorsza? Restauratorzy zachęcają do zmian
Coraz więcej restauratorów przekonuje klientów, by zamiast drogiego dorsza wybierali mniej znane gatunki ryb.
Najczęściej polecane są:
Plamiak
To ryba o delikatnym smaku i niskiej zawartości tłuszczu. Dobrze komponuje się z prostymi dodatkami i świetnie nadaje się do smażenia.
Molwa
Popularna w kuchni skandynawskiej ryba z małą ilością ości. Nadaje się do grillowania, pieczenia i smażenia. W wielu lokalach jest wyraźnie tańsza od dorsza.
Restauratorzy podkreślają, że otwieranie się na nowe smaki może pozwolić turystom ograniczyć wydatki podczas wakacji nad Bałtykiem.
Sezon wakacyjny dopiero się zaczyna
Wysokie ceny pojawiły się już w maju, jeszcze przed rozpoczęciem wakacyjnego szczytu. To oznacza, że w lipcu i sierpniu rachunki w nadmorskich lokalach mogą być jeszcze wyższe.
Eksperci rynku nie ukrywają, że smażony dorsz powoli przestaje być codziennym wakacyjnym obiadem, a coraz bardziej staje się produktem premium.