W majowym podsumowaniu rachunku za prąd wspomniałem jednym akapitem o „gadżecie z warsztatu" — małym wyświetlaczu, który pokazuje mi aktualne ceny prądu. I dostałem po nim kilka pytań w stylu: co to właściwie jest? Po co to komu? Czy trzeba być informatykiem, żeby z tego korzystać? Dziś nadrabiam zaległości i opowiadam o nim spokojnie, po ludzku, bez technicznego żargonu. Wpis jest czysto hobbystyczny — traktujcie go jak zaproszenie do mojego warsztatu.
Zacznijmy od problemu: ceny prądu zmieniają się co godzinę
Korzystam z taryfy dynamicznej PSTRYK (czym ona jest, tłumaczyliśmy tutaj). W skrócie: zamiast jednej stałej stawki prąd ma u mnie inną cenę w każdej godzinie doby. Czasem kosztuje grosze, zdarzają się nawet ceny ujemne (tak — bywają godziny, w których za pobieranie prądu się dostaje pieniądze), a w wieczornym szczycie potrafi być naprawdę drogo.
Na takiej taryfie najlepiej wychodzi ten, kto przesuwa duże zużycie na tanie godziny: pranie, zmywarkę, ładowanie auta, podgrzewanie wody. Tylko że żeby to robić, trzeba wiedzieć, kiedy jest tanio. Aplikacja Pstryka pokazuje to ślicznie… ale wymaga sięgnięcia po telefon, odblokowania go i otwarcia. Niby dziesięć sekund, a w praktyce nikt nie robi tego dziesięć razy dziennie. Ja też nie robiłem — co zresztą uczciwie widać w moich majowych rachunkach.
Rozwiązanie: ekranik, na który po prostu się patrzy
Tak narodziła się moja „pogodynka cenowa" — małe urządzenie, które stoi w domu i bez przerwy pokazuje ceny prądu. Bez dotykania, bez klikania, bez aplikacji. Przechodzisz obok, rzucasz okiem i wiesz: teraz tanio, nastawiam pranie albo drogo, zmywarka poczeka do trzynastej.
W środku siedzi maleńki komputerek wielkości pudełka zapałek (dla dociekliwych: układ o nazwie ESP32). Łączy się z domowym Wi-Fi, co jakiś czas pyta serwery Pstryka o aktualne ceny i rysuje je na ekranie. I to w zasadzie wszystko — żadnych kabli poza zasilaniem, żadnych abonamentów, żadnej obsługi. Konfiguruje się raz, z telefonu, i można o nim zapomnieć.
Co dokładnie widać na ekranie?
Wszystko to, co najważniejsze z aplikacji Pstryka, tylko podane „na tacy":
- duża, aktualna cena za kilowatogodzinę ze strzałką trendu (czy za godzinę będzie drożej, czy taniej),
- informacja, czy obecna godzina jest tańsza, czy droższa od dzisiejszej średniej,
- wykres całej doby z wyraźnie oznaczonymi tanimi i drogimi godzinami (w wersji kolorowej: zielone i czerwone słupki) oraz ramką na bieżącej godzinie,
- najtańsza i najdroższa godzina dnia,
- ceny na jutro — pojawiają się około południa, gdy tylko Pstryk je opublikuje,
- a dla posiadaczy fotowoltaiki dodatkowo aktualna cena sprzedaży energii do sieci.
Powyżej wizualizacja wygenerowana wprost z kodu urządzenia (wersja z kolorowym ekranem) — układ, kolory i czcionki są dokładnie takie jak na żywo, tylko dane są przykładowe.
Dwie wersje: kolorowy „telewizorek" i elektroniczny papier
Zbudowałem dwa warianty, bo każdy ma w domu inne zadanie.
Wersja pierwsza — podłużny, kolorowy ekran LCD. Pomyślana jako urządzenie „zawsze włączone": wisi przy wejściu do kuchni, podpięta na stałe do zasilania. Pokazuje cztery strony, które same przewijają się co kilka sekund — aktualna cena, wykres doby, najtańsze i najdroższe godziny, jutro. Działa jak miniaturowy telewizor informacyjny i przyciąga wzrok kolorami.
Wersja druga — e-papier, czyli ekran jak w czytniku e-booków. Wygląda jak kartka zadrukowana tuszem, w ogóle nie świeci i mieści wszystko na jednym, większym ekranie. A najlepsze jest to, że działa na baterii: budzi się mniej więcej raz na godzinę, odświeża ceny i z powrotem zasypia, dzięki czemu na jednym ładowaniu pracuje całymi miesiącami. Można ją postawić lub powiesić dosłownie gdziekolwiek, bo nie potrzebuje gniazdka.
To również wizualizacja z kodu, nie fotografia — tak wygląda układ ekranu wersji e-papierowej.
E-papier czy LCD? Zalety i wady obu ekranów
To pytanie dostaję najczęściej, więc zestawiam uczciwie:
| Cecha | E-papier | Kolorowy LCD |
|---|---|---|
| Zasilanie | bateria — jedno ładowanie wystarcza na miesiące | kabel USB podpięty na stałe |
| Czytelność w słońcu | znakomita, jak zwykły papier | przeciętna, ekran potrafi się odbijać |
| Czytelność po zmroku | potrzebne światło w pomieszczeniu (sam nie świeci) | podświetlony, czytelny zawsze |
| Kolory | odcienie szarości | pełny kolor: zielone tanie, czerwone drogie godziny |
| Odświeżanie | raz na godzinę, z charakterystycznym „mrugnięciem" | płynne, na bieżąco, z zegarem |
| Światło w nocy | zero — idealny do sypialni | delikatnie świeci, niektórym może przeszkadzać |
| Miejsce w domu | gdziekolwiek, bez kabla | tam, gdzie jest gniazdko |
| Koszt płytki z ekranem | wyższy | niższy |
Mówiąc krótko: jeśli urządzenie ma wisieć w kuchni obok gniazdka i rzucać się w oczy kolorami — lepszy będzie LCD. Jeśli ma stać na komodzie w przedpokoju albo w sypialni, bez żadnego kabla, i wyglądać jak elegancka ramka z wydrukiem — e-papier nie ma konkurencji. U mnie pracują oba i wcale się nie gryzą: LCD pilnuje kuchni, a e-papier wędruje po domu. Drobna ciekawostka dla dociekliwych: wersja LCD, jako stale włączona, sama zużywa odrobinę prądu — ale mówimy o groszach w skali miesiąca, więc inwestycja zwraca się przy pierwszym lepszym praniu nastawionym w tanią godzinę.
„A gdzie obudowa?"
Słusznie pytacie. Na ten moment oba urządzenia pracują w wersji, nazwijmy to, saute — goła elektronika z widocznym ekranem, płytką i przewodem. Działa bez zarzutu, ale wygląda jak projekt z pracowni elektronika… którym zresztą jest. To się jednak niedługo zmieni: w planach jest porządna obudowa (najpewniej drukowana w 3D), dzięki której pogodynka przestanie straszyć gości i zacznie wyglądać jak normalny domowy sprzęt. Jak tylko będzie gotowa, pochwalę się efektem i uzupełnię zdjęcia w tym wpisie.
Dla ciekawych: trochę kuchni
Cały projekt jest otwarty i dostępny publicznie na GitHubie: github.com/hoffmannkrzysztof/pstryk_esp32. Jeśli ktoś z Waszych domowników lubi grzebać w elektronice, znajdzie tam komplet: kod, opis działania i instrukcję krok po kroku. Sama płytka z ekranem to wydatek rzędu stówki z groszami.
Co ważne, korzystanie nie wymaga programowania. Po pierwszym włączeniu urządzenie tworzy własną sieć Wi-Fi o nazwie „Pstryk-Setup" — łączymy się z nią telefonem, a w prostym formularzu podajemy hasło do domowego Wi-Fi oraz klucz wygenerowany w aplikacji Pstryka (Konto → „Urządzenia i integracje"). Chwila restartu i pogodynka zaczyna pokazywać ceny.
Dla porządku: to mój prywatny, hobbystyczny projekt — nie jest to produkt firmy Pstryk ani nic oficjalnego. Urządzenie korzysta po prostu z publicznie udostępnionego przez Pstryka „okienka" z danymi o cenach, z poszanowaniem jego zasad i limitów.
Chcesz taką pogodynkę u siebie?
Nie prowadzę sklepu, ale po majowym wpisie kilka osób pytało, czy da się taką pogodynkę zdobyć bez lutownicy i grzebania w kodzie. Da się: jeżeli chcielibyście mieć takie urządzenie u siebie — złożone, skonfigurowane i gotowe do postawienia na blacie — po prostu napiszcie do mnie przez formularz kontaktowy albo zostawcie znak w komentarzu. Jeśli zbierze się kilka chętnych osób, ogarnę krótką serię — najpewniej już w obudowach.
A jeśli zastanawiacie się, czy taryfa dynamiczna w ogóle ma sens, zapraszam do serii „PSTRYK monitoring", w której co miesiąc pokazuję swoje prawdziwe rachunki: odcinek #1 (kwiecień) i odcinek #2 (maj). Pogodynka to tylko wisienka na torcie — ale przyznam, że to właśnie ona sprawiła, że pilnowanie tanich godzin przestało być obowiązkiem, a stało się odruchem.