Resort edukacji miał zaostrzyć przepisy dotyczące frekwencji w szkołach, ale po fali uwag ze strony dyrektorów i nauczycieli zrobił krok wstecz. Z projektu ustawy zniknęły zapisy, które mogły znacząco utrudnić życie uczniom z większą liczbą nieobecności. Okazało się, że problem nie jest tak powszechny, jak początkowo zakładano, a nowe regulacje mogłyby przynieść więcej szkód niż pożytku.
Dlaczego MEN chciało zmienić przepisy?
Jeszcze na początku 2026 roku w Ministerstwie Edukacji Narodowej trwały prace nad nowelizacją prawa oświatowego. Jednym z najgłośniejszych pomysłów było obniżenie progu nieobecności, po którego przekroczeniu uczeń mógłby zostać nieklasyfikowany.
Dotychczas obowiązywała zasada, że brak klasyfikacji groził przy ponad 50 proc. nieusprawiedliwionych nieobecności w skali roku. Resort uznał, że to zbyt wysoki limit i proponował jego zmniejszenie nawet do 25 proc.. W praktyce oznaczałoby to, że uczeń opuszczający co czwartą lekcję mógłby nie otrzymać promocji do następnej klasy.
Argumentowano, że ma to przeciwdziałać wagarom, przedłużaniu wakacji czy wyjazdom w trakcie roku szkolnego. Szybko jednak pojawiły się głosy sprzeciwu.
Dyrektorzy i nauczyciele powiedzieli „stop”
Środowisko oświatowe dość jednoznacznie oceniło projekt jako zbyt rygorystyczny. Wskazywano, że szkoła powinna mieć możliwość indywidualnego podejścia do ucznia, a sztywne limity nie uwzględniają realnych problemów młodych ludzi.
Eksperci podkreślali, że za absencją często stoją trudna sytuacja rodzinna, problemy zdrowotne czy kryzysy psychiczne. Automatyczne karanie nieklasyfikowaniem mogłoby uderzyć właśnie w tych uczniów, którzy najbardziej potrzebują wsparcia.
Przedstawiciele Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty zwracali uwagę, że w rozmowach dyrektorów nie pojawiał się postulat zaostrzenia przepisów. Według ich relacji obecne regulacje pozwalają reagować elastycznie i skutecznie.
Większym problemem są… spóźnienia
Ciekawym wątkiem, który pojawił się podczas konsultacji, była kwestia punktualności. Dyrektorzy wskazywali, że to właśnie nagminne spóźnienia uczniów dezorganizują lekcje bardziej niż pojedyncze dni nieobecności.
Pierwsze kilkanaście minut zajęć bywa rozbijane przez wchodzących po czasie uczniów, co utrudnia prowadzenie lekcji i skupienie klasy. To – zdaniem praktyków – wymaga większej uwagi niż surowe limity frekwencji.
Wyjątek: szkoły zawodowe
Choć w podstawówkach i liceach pomysł spotkał się z krytyką, inaczej wygląda sytuacja w szkołach branżowych i technikach. Tam opuszczenie dużej części zajęć praktycznych realnie przekłada się na brak kompetencji zawodowych.
Dyrektorzy placówek kształcenia zawodowego wskazywali, że uczeń nieobecny na połowie warsztatów nie ma szans zostać dobrze przygotowanym do pracy, a sam egzamin nie zastąpi praktyki. Dlatego w tym segmencie ewentualne zmiany mogłyby mieć większe uzasadnienie.
Oficjalne stanowisko MEN
Po zakończeniu konsultacji ministerstwo poinformowało, że rezygnuje z wprowadzania surowszych zasad frekwencji. Z nowej wersji projektu ustawy wykreślono kontrowersyjne zapisy, a resort zapowiedział dalsze analizy.
Na ten moment nie planuje się powrotu do tematu w kolejnych nowelizacjach. Oznacza to, że w roku szkolnym 2026/2027 obowiązywać będą dotychczasowe reguły.
Co mówią obecne przepisy?
Zasady usprawiedliwiania nieobecności określają przede wszystkim statuty poszczególnych szkół. Prawo pozwala placówkom ustalić formę i termin usprawiedliwienia, ale nie daje możliwości wymagania szczegółowych powodów absencji czy zaświadczeń lekarskich.
Uczeń może być nieklasyfikowany, jeśli brak jest podstaw do wystawienia oceny z powodu nadmiernej nieobecności. Kluczowe pozostaje jednak indywidualne podejście i możliwość zdawania egzaminu klasyfikacyjnego.
Dlaczego wycofanie zmian to ważny sygnał?
Decyzja MEN pokazuje, że głos praktyków – nauczycieli i dyrektorów – ma realne znaczenie. Zamiast administracyjnego zaostrzania reguł postawiono na zaufanie do szkół i wychowawczą rolę systemu.
Eksperci podkreślają, że problem frekwencji nie rozwiąże się paragrafem. Potrzebne są działania wspierające uczniów, współpraca z rodzicami oraz reagowanie na kryzysy psychiczne młodzieży.
Co dalej z frekwencją w szkołach?
Choć surowe zmiany nie wejdą w życie, temat obecności na lekcjach z pewnością wróci. Rosnąca liczba problemów emocjonalnych, wpływ nauki zdalnej z czasów pandemii czy łatwość usprawiedliwiania nieobecności to wyzwania, z którymi szkoły mierzą się na co dzień.
Na razie jednak uczniowie mogą odetchnąć – rewolucji w przepisach nie będzie, a system pozostanie oparty na elastyczności i decyzjach wychowawców.
Zamiast bata – rozsądek
Historia z wycofanym projektem pokazuje, że edukacja wymaga wyważonych rozwiązań. Szkoła to nie fabryka, a uczniowie to nie statystyka. Dlatego zamiast automatycznych sankcji potrzebne jest wsparcie, dialog i realna pomoc tym, którzy mają trudniej.